nowe-tlumaczenie-ani-z-zielonego-wzgorza-wydawnictwo-wilga recenzja

Ostatnio głośno zrobiło się o różnych tłumaczeniach „Ani z Zielnego Wzgórza”. Nie dziwię się, bo z jednej strony jesteśmy przywiązani do klasycznego przekładu i tego klimatu nieco retro. Z drugiej, wiele osób chciałoby przedstawić nastolatkom Anię w nieco uwspółcześnionej odsłonie.

Wydawnictwo Wilga również zabrało się za odświeżone tłumaczenie Ani z Zielonego wzgórza. Uważam, że Maria Borzobohata-Sawicka wykonała wspaniałą robotę. Jest dawny klimat, ale też współczesny sznyt.

Zapraszam do posłuchania i obejrzenia rozmowy z panią Marią, która zresztą jest wielką fanką twórczości Lucy Maud Montgomery.

A tu przeczytasz fragmenty tego tłumaczenia – KLIK!

Rozmowa o nowym tłumaczeniu Ani

Moim dzisiejszym gościem w „Rozmowach Aktywne Czytanie” jest tłumaczka wszystkich części „Ani z Zielonego Wzgórza”, które są dostępne w wydawnictwie Wilga, pani Maria Borzobohata.  Ma pani bardzo trudne nazwisko!

Wiem, bardzo przepraszam! Dzień dobry!

Przyznaję, że musiałam, po pierwsze dopytać panią Marię, jak się to czyta, a po drugie nauczyć się i zapamiętać. Ale mamy to! Czy dobrze je wypowiadam? 

Bardzo dobrze, bardzo dziękuję! Moje nazwisko wypowiada się tak jak „zmarznąć”, należy oddzielić to „r-z”.

Bardzo dobra podpowiedź! Domyślam się, że ma pani mnóstwo przygód z tym nazwiskiem. 

Oj tak!

Pretekstem do naszego spotkania jest książka, o której wspomniałam na początku, czyli moja ukochana lektura „Ania z Zielonego Wzgórza”. Jako nastolatka przeczytałam wszystkie części kilka razy. Wspominałam o tym na Instagramie Aktywne Czytanie, gdy mówiłam, że mam niespodziankę, którą jest właśnie rozmowa z panią na temat Ani. 

„Ania z Zielonego Wzgórza” to jedyna książka, seria w zasadzie, którą czytałam wiele razy. Czy pani zdarzało się jakieś książki czytać wiele razy? 

Oczywiście. Między innymi Anię, na pewno! I jako dorastająca dziewczyna czytałam bardzo dużo książek Małgorzaty Musierowicz. Pamiętam, że jak urodził się mój pierwszy synek to jedna z książek Musierowicz, mianowicie „Pulpecja”, była moim pocieszaczem po nieprzespanych nocach. Karmiłam i czytałam. Mam takie swoje lektury na pocieszenie, które są obecne w moim życiu. 

Właśnie, to są takie książki, które zapadają w pamięć i do których mamy sentyment. Domyślam się, że wiele osób znających „Anię z Zielonego Wzgórza”, niesie ze sobą ten sentyment. Bardzo się cieszę, że wydawnictwo Wilga wydało całą serię. W dodatku tak ładnie! 

tłumaczenie ania z zielonego wzgorza wydawnictwo wilga recenzja ksiazki dla dzieci aktywne czytanie rozmowy

tłumaczenie ania z zielonego wzgorza wydawnictwo wilga recenzja ksiazki dla dzieci aktywne czytanie rozmowy

tłumaczenie ania z zielonego wzgorza wydawnictwo wilga recenzja ksiazki dla dzieci aktywne czytanie rozmowy

tłumaczenie ania z zielonego wzgorza wydawnictwo wilga recenzja ksiazki dla dzieci aktywne czytanie rozmowy

tłumaczenie ania z zielonego wzgorza wydawnictwo wilga recenzja ksiazki dla dzieci aktywne czytanie rozmowy

Ale my dzisiaj nie o tym, jak wygląda, bo nie oceniamy po okładce! Zanim przejdziemy bezpośrednio do „Ani…”, proszę powiedzieć, jakie są największe wyzwania w zawodzie tłumaczki? 

Oj tych wyzwań jest niesłychanie wiele. Prawda jest taka, że ile tłumaczy tyle tłumaczeń, tyle wersji tłumaczenia. „Ania…” też ma mnóstwo wersji tłumaczenia, zdaje się, że osiem albo dziewięć. Tłumacz bywa po prostu współautorem. Nie ma co się od tego odżegnywać – po prostu piszemy tę książkę trochę na nowo, w nowym języku. Oczywiście pozostając wiernym autorowi i czując na sobie ciężar tej odpowiedzialności wobec autora, bo nie możemy sobie hulać do woli. Chociaż w tych poprzednich tłumaczeniach „Ani…” niektórym tłumaczom zdarzało się mocno ulec wolności i własnej wyobraźni, co widać zwłaszcza mocno w ostatnich częściach.

Praca tłumacza jest niezwykle wdzięcznym zawodem, ponieważ jest to zawód artystyczny, przynajmniej ja go tak traktuję. Sama dorastałam otoczona sztuką, bo byłam skrzypaczką przez większość swojego życia. Znalazłam pewnego rodzaju pokrewieństwo pomiędzy przekładem a muzyką, pomiędzy literaturą a muzyką. Jak skończyłam swoją karierę muzyczną, to jakoś tak naturalnie przeszłam do literatury i cieszę się, że jest mi dane kontynuować tak artystyczny zawód.

Wyzwań związanych z tłumaczeniem jest ogromnie dużo. Na przykład tłumaczeniu klasyki, jak sobie Państwo wyobrażają, towarzyszy niesłychana presja i odpowiedzialność, ponieważ wiem, że bardzo wielu czytelników przywykło do tłumaczenia Rozalii Bernsztejnowej, i pewnie będą sięgać po lekko uwspółcześnioną wersję w moim przekładzie z pewną obawą. Niemniej zachęcam, żeby się odważyć!

Bardzo mi się podoba to, co pani powiedziała, że to taki artystyczny zawód, bo sama bym na to w zasadzie nie wpadła.  Myślę, że pani ma właśnie taką artystyczną duszę i to widać również po pięknych obrazach za panią. Teraz dowiedziałam się jeszcze o muzyce, i to wszystko układa się w całość.

Faktycznie to jest tak, że tłumacz musi nawiązać nić porozumienia z autorem, prawda? Niezależnie od tego, czy ten autor napisał coś kiedyś dawno, dawno temu, czy dzisiaj, współcześnie, trzeba to poczuć    to, co on chciał przekazać, i co miał w głowie.

Wracając do „Ani z Zielonego Wzgórza”. Wspomniała pani już, że to tłumaczenie jest trochę uwspółcześnione i przyznaję pani rację, że my, wierni fani Ani, jesteśmy sentymentalnie przywiązani do tego, co przeczytaliśmy kiedyś dawno temu. Proszę mi powiedzieć, jaka jest różnica z pani punktu widzenia? Gdzie udało się tutaj najwięcej tego uwspółcześnienia przemycić?

Może zacznę od tego, że sama należę do ogromnych wielbicielek „Ani…”. Sama się na niej, można powiedzieć, wychowałam. Do tego stopnia, że wraz z moją przyjaciółką miałyśmy swój własny klub powieściowy, gdzie pisałyśmy potwornie mordercze powieści, gdzie trup słał się gęsto, gdzie były same romantyczne bohaterki i książęta z bajki. Nosiłyśmy takie stroje staroświeckie, prosiłyśmy mamy, żeby nam zamawiały u krawcowych sukienki ze stójkami. Tak więc proszę mi wierzyć, naprawdę „Ania…” to był też mój świat!

tłumaczenie ania z zielonego wzgorza wydawnictwo wilga recenzja ksiazki dla dzieci aktywne czytanie rozmowy

Jest pani w Anię wkręcona!

Tak, tak, jestem. Jak dostałam tę propozycję nowego przekładu, to w pierwszej chwili pomyślałam: „właściwie, czy to jest konieczne?”. Myślałam o tym sporo, aż dotarło do mnie, że to jest dla mnie cudowne wyzwanie, cudowna okazja i jakieś niesamowite zrządzenie losu, że to tłumaczenie przyszło do mnie    największej fanki „Ani…”!

Język uwspółcześnił się trochę siłą rzeczy, ponieważ język, który znamy z Bernsztejnowej jest bardzo, bardzo staroświecki. Wręcz trąci myszką. Pamiętam z młodości, z dzieciństwa, jak słuchałam słuchowisk „Ani z Zielonego Wzgórza”. Nie wiem, czy Państwo pamiętają, były takie kasety, to był Teatr Polskiego Radia z lat 80. Ten język też miałam w głowie, cały czas słyszałam go w uszach.

Nie zależało mi na tym, żeby to tłumaczenie uwspółcześnić za wszelką cenę, to na pewno. Chciałam, żeby to był język stylizowany na lekko archaiczny, ponieważ akcja dzieje się na początku XX wieku, pod koniec XIX wieku, a nie współcześnie, więc chciałam, żeby to tak brzmiało. Nie chciałam, żeby brzmiało sztucznie. Ale siłą rzeczy język od 1919 roku, kiedy to Bernsztejnowa robiła tłumaczenie, uległ pewnemu uwspółcześnieniu i chociaż taki stylizowany, to na pewno brzmi nieco inaczej w moim tłumaczeniu.

Zależało mi natomiast na tym, żeby oddać różnorodność językową, ponieważ zauważyłam, że w tych dawnych przekładach wszystkie postaci mówią właściwie jednym głosem. To jest dla mnie niezwykle ciekawe odkrycie, już w dorosłości, że wszyscy od parobka przez jakichś urzędników, po wiejskich lekarzy czy posłów nawet, którzy się pojawiają w książkach, mówią taką samą poprawną polszczyzną w tych przekładach.

Właśnie…

Natomiast u Lucy Maud Montgomery język jest niezwykle zróżnicowany i jest w nim wręcz zawarty ogromny ładunek poczucia humoru. Postaci robią prześmieszne błędy, popełniają prześmieszne lapsusy językowe i na tym zasadza się też ogromny humor w tych książkach. Dlatego chciałam jakby przywrócić to, co było w oryginale tak pięknie zaznaczone w Ani.

Super, ja bym nawet na to nie zwróciła uwagi! Po prostu jak ktoś pamięta stary przekład, przyjmował to do wiadomości i się świetnie czytało. Ale to, co pani mówi, faktycznie ma ogromne znaczenie. Z jednej strony trzymanie się tego klimatu, które myślę, że jest ogromnym wyzwaniem. Z jednej więc strony zachować ten klimat, bo w końcu na tym polega piękno tych wszystkich książek, że one są jakby osadzone w epoce, a jednocześnie też trochę zachęcić współczesnych czytelników.

Tak sobie myślę, że jak ktoś zna „Anię…” i czytał ją kiedyś i oczywiście ją lubił, to jakoś szczególnie nie trzeba go zachęcać, ale cieszę się, że mamy książki, które zostały jednak trochę uwspółcześnione.

Jeżeli mielibyśmy zachęcić kogoś i podrzucić nastolatkom w tym momencie te książki, czyli klasykę, to fajnie, że one mają ten współczesny sznyt. Zwłaszcza że przecież jest serial „Ania, nie Anna” i on może dużo dobrego zrobić dla „Ani z Zielonego Wzgórza”. Mamy w nim w zasadzie wariację na temat historii Ani, oglądała go moja córka, a nawet oglądałyśmy razem i świetnie nam się oglądało. Cieszę się, że ten serial trochę przywrócił świetność i nie wiem, czy pani też ma takie poczucie, że otworzył drzwi do „Ani z Zielonego Wzgórza”. Czy pani jakkolwiek zerkała na ten serial, gdzieś tam się nim inspirowała?

Ja się w ogóle starałam niczego nie czytać i niczego nie oglądać. Jedyne co robiłam, to słuchałam tych wszystkich części „Ani…”, bo tomów jest 8. Słuchałam audiobooków w oryginale, żeby ta melodia języka ułożyła mi się w głowie i żebym wiedziała, w jaki sposób chcę oddać tę narrację i język poszczególnych postaci. Natomiast nie, starałam się w ogóle tak trochę odciąć od tego co się dzieje wokół. Zdarzało mi się fragmentami poprzewijać, zobaczyć, o czym to jest. Przyznam, że ja należałam do zatwardziałych miłośników „Ani…”, którzy wychowali się na filmach kanadyjskich, Kevina Sullivana, zdaje się chyba.

Tak, pamiętam!

Było mi bardzo trudno pogodzić się z tym, że Gilbert może inaczej wyglądać, jeszcze zanim dostałam propozycję tego tłumaczenia. Ja się trochę okopałam na pozycji „a co oni będą mi tu proponować jakieś nowe wersje!”, a teraz sama pani widzi, dostałam nauczkę. Sama dostałam propozycję uwspółcześnienia tej książki i czytelnicy mogą ocenić, jak to wyszło. Mam nadzieję, że dobrze. Mam nadzieję, że czyta się to wartko, że miłośnicy tego klasycznego tłumaczenia nie będą zawiedzeni. Bardzo chciałam oddać niesamowite poczucie humoru, które w tych książkach jest obecne,  niezwykłą ironię, a wręcz złośliwość narratora, która gdzieś w tych starych tłumaczeniach się rozmyła.

Rozmyła się, tak.

Mam więc nadzieję, że mi się udało. Czekam na Państwa zdanie!

tłumaczenie ania z zielonego wzgorza wydawnictwo wilga recenzja ksiazki dla dzieci aktywne czytanie rozmowy

Ja potwierdzam jako fanka „Ani…”, że dobrego słowa pani użyła    wartko. To jest tak, że niektórym ta książka może kojarzyć się z opisami, kwiecistym językiem Ani, takim bardzo wyrafinowanym, i on oczywiście musi być, sama go uwielbiam. Ale faktycznie, pani tłumaczenie nabrało takiej głębi, jeszcze jednej warstwy, której być może brakowało. Natomiast da się to zauważyć dopiero po przeczytaniu tego tłumaczenia w nowej wersji, a jednocześnie jest zachowany ten klasyczny ton. Naprawdę super się to pani udało!

Wiem, że ta trudność z tłumaczeniem Ani polega też na tym, że to jest podwójna ocena ze strony czytelników. Bo jak już się pracuje na czymś, co jest znane, lubiane, wręcz kochane, to jest wyzwanie. A czy było jeszcze coś, jakieś może inne ogromne wyzwanie, przed którym pani stanęła? Proszę powiedzieć, jak się pracowało przy tym?

Zdecydowanie tak. Było bardzo dużo wyzwań bardzo różnej natury. Może zacznę od takiej czysto praktycznej, żeby Państwu przybliżyć też, jak pracuje tłumacz.

Otóż ten tłumacz, a raczej ta tłumaczka, która dostała to zlecenie w grudniu 2019 roku, w przededniu pandemii. Ta tłumaczka, matka dwójki dzieci w wieku wówczas 3 i 5 lat, przetłumaczyła w tej pandemii 8 tomów!

Wow!

Proszę mi wierzyć, że to było wyzwanie czysto praktyczne, organizacyjne, logistyczne. Musiałam sobie narzucić taką żelazną dyscyplinę prac pomimo wszelkich zajęć online i dzieci biegających po sufitach w pokoju obok. To było czysto praktyczne wyzwanie.

Jeżeli chodzi o wyzwanie związane z tekstem, to odkryłam po latach, przy ponownej lekturze, że w tych książkach jest niesłychanie dużo tak zwanej intertekstualności, czyli te książki zawierają mnóstwo nawiązań literackich, mnóstwo cytatów niezidentyfikowanych, które trzeba wyszukać. Mnóstwo cytatów z Pisma Świętego, które trzeba też zidentyfikować i nazwać    a dlaczego są ważne, to też za chwilę powiem. Mnóstwo poezji, mnóstwo cytatów autorów z tamtych lat.

Na szczęście dysponujemy przeróżnymi wyszukiwarkami internetowymi i możemy się tym posiłkować, niemniej jednak zajmuje to troszkę czasu, a zależało mi właśnie na tym, żeby tego nie pomijać, nie wygładzać, żeby to przywrócić, żeby te realia wybrzmiały. A jeżeli chodzi o to co wspomniałam, o te cytaty z Pisma Świętego to bardzo, bardzo ciekawe dla mnie było przy lekturze po latach, jak bardzo ta prezbiteriańska mentalność jest tam obecna wśród bohaterów, zwłaszcza w późniejszych tomach. Jak bardzo język oddaje ich sposób myślenia. To jest niesłychanie ciekawe, tamta Kanada, z tamtych lat. Zależało mi więc na tym, żeby nie udawać, że „Ania z Zielonego Wzgórza” toczy się w Polsce.

Można odnieść takie wrażenie, czytając dawne przekłady, bo wszystkie imiona są w języku polskim. To oczywiście było ogromne wyzwanie dla mnie, bo wydawnictwo poprosiło mnie o to, żebym zachowała imiona czterech głównych postaci w języku polskim, więc pojawiła się taka niespójność. Wiedziałam natomiast, że działam w takich ramach, że to będzie spójne z oczekiwaniami wydawnictwa Wilga, więc tak się umówiliśmy – że te cztery postaci zostają po polsku, natomiast wszystkie inne postaci przerzucamy z powrotem do Kanady! Tak samo nazwy miejscowości zostały po angielsku, choć nazwy miejscowe, które są znaczące jak na przykład jezioro Lśniących Wód,  zostały przetłumaczone. To są tego typu wyzwania.

Tak, to są wyzwania też dla czytelników. Bo, znowu wracam do tego ciągle, pamiętamy pewne rzeczy. Ja się tak przyczepiłam tego, że pamiętamy, ale przecież chodzi tutaj też o to, żeby przedstawić „Anię…” trochę od początku ludziom, którzy w ogóle jej nie znają i po prostu będą mieli frajdę z poznania i przeczytania. Dlatego rozumiem te wszystkie wyzwania i domyślam się, że była tutaj też taka presja.

To jest stara książka, to już wiemy. Proszę powiedzieć, czy jak pani tłumaczyła, miała pani przed oczami bardziej    bo wiadomo, że chcemy dotrzeć do wszystkich    tych czytelników, którzy znają już „Anię…” i tę świadomość, że „dobra, będzie porównanie!”? Czy raczej chciała pani trafić do tych zupełnie nowych osób, które pierwszy raz spotkają się z „Anią…” właśnie w pani tłumaczeniu. Która grupa bardziej pani towarzyszyła?

Przede wszystkim towarzyszyło mi chyba pragnienie oddania oryginału. Chyba nawet nie mogę powiedzieć, żebym miała jakiegoś konkretnego czytelnika w głowie. Owszem, ja też byłam wychowana na tym tłumaczeniu Bernsztejnowej i ten język siłą rzeczy pobrzmiewał mi gdzieś w uszach. Chciałam, żeby był lekko stylizowany, ale chyba byłam tutaj bliżej wierności oryginałowi, niż temu dla kogo dokładnie to tłumaczę. Zaniosłam te książki do biblioteki szkolnej mojego synka i zobaczymy, co się będzie działo. Moje dzieci są za malutkie, żeby to czytać, tak mi się wydaje, bo mają 8 i 6 lat. W dodatku są chłopcami, co też jest ciekawe.

Mój starszy synek zapytał, czy może już przeczytać „Anię…”. Wydaje mi się natomiast, że jest jeszcze za mały. To też jest ciekawym wnioskiem, bo zwłaszcza w późniejszych częściach, miałam wrażenie, że to nie do końca jest literatura dziecięca. Myśmy przywykli do tej myśli, że to jest książka dla dorastających dziewcząt, tymczasem w późniejszych tomach pojawiają się bardzo poważne, wcale nie trywialne i wcale nie śmieszne wątki, które poruszyły mnie jako osobę dorosłą. Starałam się też tej książki nie cenzurować, tam pojawia się bardzo często i przemoc wobec dzieci    proszę pamiętać, że to jest koniec XIX wieku, początek XX    i przemoc wobec zwierząt, takie okrucieństwo codzienności, które było doświadczeniem tamtych czasów. Jest to niesłychanie bogaty tekst, proszę mi wierzyć!

tłumaczenie ania z zielonego wzgorza wydawnictwo wilga recenzja ksiazki dla dzieci aktywne czytanie rozmowy

Jeżeli spojrzymy na to szeroko, to jak najbardziej, zgadzam się z panią! Chociaż ja to czytałam, jako dorastająca dziewczyna i pamiętam, że miałam z tego mnóstwo radości. Rozmawiamy teraz akurat w momencie, kiedy jest trudno, jest wojna w Ukrainie. Takie oderwanie się od współczesnego świata i wejście do tego dawniejszego to wielka radość i coś bardzo potrzebnego.

W pełni się z panią zgadzam, że to jest lektura również dla dorosłych. Natomiast ta pierwsza część, myślę, że jak najbardziej jest dla dzieci. Chociaż oczywiście trzeba też pamiętać, bo my dzisiaj lubimy oceniać, to co dzisiaj pani powiedziała – że tam jest przemoc, że tam nie ma bardzo czułego wychowania i Ania absolutnie takiego nie doświadcza.

Mimo tego, że jest u rodziny, która o nią dba, to jest to bardzo zimne i surowe wychowanie, a Maryla ma mnóstwo wymagań. Nie ma więc też co oceniać tego, porównując do naszych współczesnych oczekiwań wychowawczych. Natomiast pierwsza część „Ani…” jak najbardziej nadaje się dla dzieci. Kolejne części dadzą też dorosłym masę rzeczy do przemyślenia.

Proszę powiedzieć, którą z części najlepiej się pani tłumaczyło? Lub która jest pani ulubioną, w tym momencie, jak już cała praca została wykonana?

Zacznę może w ogóle od tego, zanim przejdę do pytania, że tak jak pani wspomniała, czasy są trudne, to tłumaczenie też do mnie przyszło w trudnym momencie    wybuchu pandemii. Muszę powiedzieć, że mimo tych wszystkich zawirowań logistyczno-organizacyjnych, to tłumaczenie Ani dało mi bardzo dużo wytchnienia. Ona mnie bardzo wyciągała za uszy. Pomagało mi to, że mogłam zamknąć się w pokoju i tłumaczyć. Musiałam co prawda założyć słuchawki i słuchałam sobie jakiegoś ćwierkania ptaszków z YouTube – to są takie kuluary, jak się staram wyciszyć i odciąć od tego co się dzieje w domu.

Jak mogłam tłumaczyć te „znienawidzone” przez wszystkich opisy przyrody, to byłam szczęśliwa, to było dla mnie takie ćwiczenie z uważności. Tłumaczenie tych wszystkich kwiatków, roślinek. Myślałam sobie, jak pięknie można nazwać i opisać zachód słońca, jak pięknie można opisać to co się dzieje w lesie – a był to taki czas, kiedy mieliśmy zakaz chodzenia do lasów w Polsce, więc pamiętam, że ratowałam się tym tłumaczeniem. A jeżeli chodzi o to, która z nich była moją ulubioną, to teraz jest mi bliżej pewnie do tych starszych tomów, od piątego wzwyż.

Bo jest pani dorosła?

Chyba tak. Czwarty tom jest niezwykle zabawny dla mnie, ponieważ pojawia się tam całe mnóstwo prześmiesznych postaci, które opisują ludzkie przywary, które wszyscy znamy. Jest tam kilka postaci, które kojarzą mi się z moimi własnymi ciotkami z dzieciństwa    takimi wyniosłymi, które kazały nam chodzić jak w zegarku. One są po prostu przezabawne! Lucy Maud Montgomery miała ogromne poczucie humoru i potrafiła te postaci z humorem opisać. Pamiętam, że przy tej czwartej części, chociaż niektórzy jej zarzucają, że to są listy do Gilberta przeplatane tylko jakąś akcją, co nie do końca jest kompozycyjnie spójne, to muszę przyznać, że bardzo się uśmiałam przy tym tłumaczeniu.

Bardzo wzruszający jest piąty tom „Wymarzony dom Ani”, ponieważ Ania jest tam w pierwszej ciąży i rodzi córeczkę, która umiera. Dlatego podkreślam, że to są trudne wątki, ale też potrzebne. Ja widzę po swoich dzieciach, że oni nie zawsze chcą słuchać historii, które są tylko ładne, miłe i przyjemne. Oni też potrzebują mierzyć się z trudnymi tematami i o tym rozmawiać. To jest też świetna okazja, żeby z dziećmi poruszać takie trudne tematy, zwłaszcza w obecnych czasach. Nie wszystko układa się tak, jak byśmy chcieli. A ostatni tom „Rilla ze Złotego Brzegu” – może pozwolę sobie przeczytać dedykację, która jest na początku.

Ten tom jeszcze się nie ukazał, dlatego zapisałam sobie w notatkach ten cytat. Ósmy tom, czyli „Rilla ze Złotego Brzegu” opowiada o tym jak synowie Ani jadą walczyć na froncie pierwszej wojny światowej. Jak tłumaczyłam, to nie miałam pojęcia, co nas czeka. Proszę posłuchać dedykacji, która się pojawia na pierwszej stronie: Pamięci Goldwina Lappa, Roberta Brooksa i Morley’a Shiera, którzy złożyli swe życie w najwyższej ofierze. Aby uchronić beztroskie, nieskalane doliny ojczyzny przed barbarzyństwem najeźdźcy. Proszę, jak to aktualnie brzmi! To jest niezwykle wzruszająca książka, pełna przepięknej symboliki. Muszę powiedzieć, że udało mi się uronić łezkę nie raz.

tłumaczenie ania z zielonego wzgorza wydawnictwo wilga recenzja ksiazki dla dzieci aktywne czytanie rozmowy

Ja ją bardzo dobrze pamiętam! Nie chcemy tutaj za dużo mówić, co tam się w środku dzieje    absolutnie. Muszę natomiast przyznać, że to jest tom, który jakoś tak wrył mi się w pamięć. Faktycznie, historia tutaj, zwłaszcza z tą dedykacją zatoczyła koło. Myślę pani Mario, że na tym zatoczeniu koła zamkniemy naszą rozmowę.

Bardzo, bardzo pani za nią dziękuję! Wejście do tego świata i zobaczenie go również pani oczami, które jest zupełnie innym wejściem niż zwykłego czytelnika, dla którego to, co pani wspomniała na przykład o tym, że w czwartym tomie są listy i nie jest to do końca spójne… Muszę powiedzieć, że dla zwykłego śmiertelnika, czyli dla takiego czytelnika jak ja, nie do końca kompozycja ma znaczenie.

Znaczenie będzie miała właśnie ta głębia, to poczucie humoru, ten język i – obronię jeszcze te opisy – ja wiem, że nie każdy lubi, ale ja na przykład jestem przeogromną fanką opisów w książkach, jeżeli oczywiście są fajnie zrobione! Pamiętam, jak czytałam „Nad Niemnem” – te wszystkie opisy!  Nikt ich właśnie nie lubił, a ja byłam dziwadłem, któremu w ogóle one nie przeszkadzały. Bardzo lubię „Nad Niemnem”.

Super, jeżeli czytelnicy będą mogli po prostu zamknąć się tak jak pani z tymi słuchawkami na chwilę w tym świecie, oderwać się i po prostu przeżyć razem z Anią te wszystkie, z jednej strony  przygody, ale też wszystkie emocje.

Pozostaje mi tylko podziękować pani za to i za dzisiejszą rozmowę. Jeżeli ma pani ostatnie słowo do czytelników, proszę bardzo, to jest ten moment.

Chciałabym może powiedzieć to, że my wszyscy kochamy Anię za to, jaka ona jest. Ona jest postrzelona, romantyczna, zwariowana, nie ulega konwenansom. Chce być taka, jaka jest. Nie wstydzi się tej swojej odmienności i myślę, że może być dla nas wielką inspiracją pod tym względem. I proszę Państwa, żeby może otworzyli się Państwo dla tej może lekko uwspółcześnionej wersji, spróbowali, zobaczyli czy to może gra też Państwu w sercu. Mam nadzieję, że tak. Starałam się, żeby to wszystko pięknie brzmiało, żeby się Państwo uśmiechnęli, wzruszyli i żeby pokochali Anię na nowo.

Potwierdzam, że to wszystko się udało! Tak że dziękuję bardzo!

tłumaczenie ania z zielonego wzgorza wydawnictwo wilga recenzja ksiazki dla dzieci aktywne czytanie rozmowy

Ania z Zielonego Wzgórza

Autorka Lucy Moud Montgomery
Wydawnictwo Wilga

Tłumaczenie Maria Borzobohata-Sawicka
Wiek czytelników: 12+

Swoją opinię o książce mogłam wyrazić dzięki współpracy z wydawnictwem i przemyślanej decyzji, że chcę się nią z Wami podzielić. Zostawiam link afiliacyjny do Ceneo i tabelkę z cenami w różnych księgarniach na BuyBox. Mam nadzieję, że skorzystacie. 

Dołącz do grupy Aktywne Czytanie na FB – książki dla dzieci i młodzieży

grupa aktywne czytanie ksiazki dla dzieci